Druga strona obiektywu

opublikowano w tekstowe

Druga strona obiektywu

Fotograf…to ma klawe życie! Przyjdzie taki/taka ( bo fotografowie rodzaju, żeńskiego również istnieją) naciśnie kilka razy ”pstryczek”, rzuci pare wyświechtanych sloganów w stylu ”uśmiech proszę” albo z angielska ”cheese please”, poprzestawia oświetlenie (że niby taki profesjonalny), po czym wyjdzie z hukiem po paru godzinach ”pracy” cięższy o kilka stówek, a czasem i kilkanaście. W przypadku imprez takich jak chrzciny, komunie i wesela  przekąsi  jeszcze za darmo, a i pewnie wypije co nieco pod stołem za zdrowie młodej pary. Bydle!
A teraz z ręką na sercu! Ilu z Was dokładnie w ten sposób wyobraża sobie pracę fotografa?
Prace? Dobre sobie! Przecież robienie zdjęć to czysta przyjemność i nazywanie tego praca godzi w dobre imię urabiających sobie ręce po pachy ludzi, którzy chcąc upamiętnić najważniejsze chwile swojego życia zmuszeni są wysupłać swoje ciężko zarobione pieniądze i zapłacić temu obibokowi  z maszynką do pstrykania  za….no własnie dokładnie za co ?
Niniejszy tekst powstał by przedstawić krok po kroku na czym polega praca profesjonalnego fotografa i uświadomić Wam, że większość z nas nie jest bandą rozbisurmanionych buców z przerośniętym ego, których największa ambicja i jedynym celem jest ogolić naiwnych laików i z ich ciężko zarobionych pieniędzy w imię szeroko pojętej twórczości.
Mam także nadzieje, że pozwoli Wam nieco inaczej spojrzeć na pracę ( tak, celowo użyłam słowa pracę), którą zajmuje się już kilkanaście lat i którą mam zamiar i nadzieję zajmować się kolejne kilkadziesiąt ( dopóki nie oślepnę, albo nie dostanę permanentnej delirki z przedawkowania kofeiny).

Jabuszko przy pracy

fot. October 9

ILE? I CZEMU TAK DROGO?!
Zacznijmy więc od drażliwego tematu jakim są pieniądze. W tym wypadku kwota jaką musi wyłożyć klient za wykonanie usługi, która jest wykonanie sesji zdjęciowej. Wysyłając cennik potencjalnemu zleceniodawcy bardzo często dostaje w wiadomości zwrotnej pytanie, którym zatytułowałam ten akapit.
Postaram się więc wytłumaczyć dlaczego…
Od razu zaznaczam, że podane przeze mnie argumenty i wyjaśnienia dotyczą osób zajmujących się fotografią zawodowo, prowadzących własne firmy i mówiąc kolokwialnie ”żyjących’ z fotografii. Temat fotografów amatorów, pstrykaczy okazjonalnych i wszelkiej maści fotoziutków zostawiam na inną okazję.
A więc zapnijcie pasy! Zaczynamy!
Po pierwsze!
Prowadząc zarejestrowaną działalność gospodarczą trzeba płacić podatki. Niespodzianka nie? Każda usługa jest udokumentowana( w formie paragonu fiskalnego lub faktury), opodatkowana, więc po odliczeniu kwoty którą z bólem serca zanosimy do Skarbówki tłuściutka z pozoru sumka przytulona przez nas za konkretne zlecenie chudnie w zatrważającym tempie.
Po drugie! Sprzęt…
Narzędzia pracy fotografa to nie tylko magiczna czarna puszeczka z przykręconym do niej obiektywem, ale także cała gama innych urządzeń począwszy od akumulatorków, przez lampy studyjne ( i nie tylko), na komputerze skończywszy. Na tym ostatnim zazwyczaj zainstalowany jest równie magiczny program do poprawiania stanu faktycznego uchwyconego na zdjęciu. Program ten…uwaga! kosztuje! i to niemałe pieniądze. ( chyba, ze ktoś używa pirackiego oprogramowania i nauczył się żyć z oddechem policji gospodarczej na karku).
Do tego wszystkiego dochodzi koszt utrzymania studia ( jeżeli się takowe posiada) i wszelkie koszty z tym związane. Mam tu na myśli nie tylko prąd i ogrzewanie (o wifi nie wspominając), ale także tła fotograficzne, ubrania oraz wszelkiego rodzaju rekwizyty urozmaicające sesje, które zużywają się niestety w zastraszającym tempie (zwłaszcza jeżeli paramy się fotografia dziecięcą) i które trzeba regularnie uzupełniać i wymieniać. Sorry gregory, bez tego ani rusz jeżeli chcemy aby nasze studio było dobrze wyposażone a jego oferta atrakcyjna musimy w nie zainwestować.
Podobnie sprawa ma się ze sprzętem, który trzeba regularnie konserwować i naprawiać – niestety mili państwo sprzęt fotograficzny nie jest niezniszczalny, a części zamienne nie rosną na drzewach.
Po trzecie! Czas pracy
Przeciętny człowiek wstaje sobie rano w mniej lub bardziej podłym nastroju i drepce do pracy, gdzie odbębnia swoje 8 w porywach do 10 godzin, po czym zwija żagle uprzednio wyznaczywszy azymut ”dom”. Wyciąga się potem wygodnie na kanapie, kłóci ze swoją drugą połówka o niewyniesione śmieci, a szufladkę z napisem ”robota” otwiera następnego dnia rano.
W przypadku fotografa to tak nie działa, gdyż jego praca ( tak znowu bezczelnie używam słowa PRACA) nie ogranicza się jedynie do stawienia w umówionym miejscu o umówionej godzinie i naciskaniu paluszkiem jednego przycisku przez kilka godzin. Ok, chwile spędzone na sesji zdjęciowej są zazwyczaj najprzyjemniejsze w całym zleceniu, gdyż dla większości fotografów ich praca jest także ich największą pasją (szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie aby tak nie było, a każdy zajmujący się fotografia z przymusu bądź tzw. ”braku laku” powinien być za automatu kierowany na leczenie psychiatryczne albo do kamieniołomów).
Jenak kiedy gasną już studyjne światła rozpoczyna się o wiele mniej przyjemny i bardziej żmudny etap pracy. Trzeba bowiem dokonać selekcji materiału, a następnie zaopatrzywszy się w zgrzewkę red bulla i wiadro kawy przystąpić do obróbki. Proces ten przebiega zazwyczaj według zaleceń klienta, a co za tym idzie na twórcze podejście do tematu nie ma zbyt wiele miejsca.
Wyszczuplić tu i ówdzie? Proszę bardzo!
Zlikwidować podwójny podbródek? Nie ma sprawy!
Odmłodzić? wyrównać? powiększyć? Czym chata bogata!
I tak mijają sobie minuty, które zamieniają się w godziny i nim się obejrzymy nowy dzień radośnie puka nam do okien, a my nie mniej radośnie, nabuzowani kofeina biegniemy do drukarni czy agencji reklamowej z pendrive’m w zębach i obłędem w oczach bo terminy gonią nas niczym Alicja białego królika, a męczący klient dobija się do nas pięćdziesiąty ósmy raz w ciągu godziny…bo może, bo zapłacił i chce na teraz, na zaraz, a najlepiej na wczoraj. Ten sam klient zbiera się właśnie do pracy, tej normalnej ośmiogodzinnej z zawartymi w umowie prawem do płatnego zwolnienia lekarskiego i urlopu, którego my nie mamy bo ZUSik mili państwo płacimy sobie sami. Tak samo jak sami możemy sobie udzielić urlopu, albo napisać na karteczce zwolnienie lekarskie i sami je sobie przyjąć. O ile mamy wystarczająco dużo odwagi…
A zazwyczaj nie mamy, ponieważ zaleganie w łóżku albo na leżaczku ( zależnie od tego gdzie nas fantazja albo choroba zaprowadzą) wiąże się nieodłącznie z rezygnacją ze zleceń, a rezygnacja ze zlecenia łączy się z rezygnacją z zarobku. Prosta matematyka i nie chce być inaczej.
Dlatego z gilem do pasa, bolącym kręgosłupem ( przeciążonym od sprzętu fotograficznego, który waży więcej niż przeciętna modelka) stawiamy się na sesji mając w głowie, że choćby się waliło i paliło, lało i gwizdało musimy podołać, zwłaszcza w sezonie ślubnym i komunijnym, czyli oględnie mówiąc wiosenno-letnim. Wtedy jak wiadomo zleceń jest więcej, a zarobione w tym okresie pieniądze musimy mądrze zagospodarować, żeby starczyło na czas jesienno-zimowy kiedy rzecz jasna okazji do zarobku jest mniej, a my nie chcąc obgryzać tynku ze ścian i zasypiać z widmem komornika dobijającego się do naszych drzwi musimy zatroszczyć się o fundusze pozwalające na dalsze prowadzenie firmy.
W ramach szalenstwa możemy sprawić sobie co najwyżej nowy obiektyw, albo torbę do aparatu. A co raz się żyje.
Możemy także opłacić sobie pozycjonowanie strony, back upy, chmury czy kupić dodatkowe karty pamięci- jednym słowem zrobić wszystko by zabezpieczyć dalsze funkcjonowanie naszej działalności.
Brzmi dość przyziemnie i mało interesująco prawda? Niestety tak to wszystko wygląda kiedy się patrzy z drugiej strony obiektywu. Fotografowanie zjawiskowych modelek czy rumianych bobasów zawsze cieszy tak samo, jednak żeby móc w stu procentach oddać się nieposkromionemu procesowi tworzenia musimy najpierw zająć się sprawami organizacyjnymi które z kreatywnym szaleństwem niewiele maja wspólnego i które niestety pochłaniają sporą część pieniędzy jakie otrzymujemy za każde zlecenie. Mam więc nadzieje, że zanim pomyślicie sobie o fotografie jako o nienasyconej finansowo bestii z przerośniętym ego przypomni Wam się kilka ( no dobra kilkadziesiąt) powyższych linijek i wybaczycie jej ten nowy „dizajnerski” pasek do aparatu kupiony po okazyjnej cenie.
Selfie na weselichu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *